Ełcka Zmarzlina 2017

Po pierwszych zmaganiach z zawodami na orientacje i po psychicznej rekonwalescencji po Wildze Orient usilnie poszukiwałem kolejnego maratonu. Stanowczo szukałem tras 25 km i w miarę blisko domu. Oczywiście musiałem wybrać drugi koniec kraju – 700 km na lodowy Wschód i po raz kolejny 50 km. Taa. Ełcka Zmarzlina 2017!

Jechać 10 godzin przez całą Polskę, aby dostać w tyłek i jeszcze się odmrozić? Tak!
Stracić 2 dni z 3 z długiego weekendu, aby wozić się przez oszronione wagony PKP? Tak!

Syberia? Nie! To pociąg do Ełku…

Jeśli TAK, to właśnie godnie zaczynam nowy rok. Tak bardzo, że przez tydzień po starcie jest mi cały czas zimno i mam jakąś chandrę – jestem jakiś pusty od środka, hehe 😉 .

Opis zmagań na zmarzlinie – mapa 1

O 7:45 mamy odprawę techniczną. Ze względu na trudne warunki pogodowe limit czasu dla trasy 50 km został wydłużony do 14 godzin. Udajemy się następnie na ełcki stadion na start honorowy. Tutaj jest czas dla fotoreporterów ;), także na pierwsze pogawędki, wspólne zdjęcia i żwawe podskakiwanie, bo jest przeraźliwie zimno. Rano termometry wskazują -20°C!!!. Po tych honorach przewożą nas zimnymi autobusami na start ostry, odległy o ponad 20 minut jazdy, do Starych Juch. Mamy małe opóźnienie, bo dostajemy się na start po 9:00. Czas na zapoznanie się z mapą jest wręcz symboliczny. Ja skupić się nie mogłem, bo mroźno i ręcę zaczęły drętwieć. Jest piękna, słoneczna pogoda, ale też syberyjskie mrozy. Warunki nawiązują odpowiednio do nazwy Ełckiej Zmarzliny. Czego tam nie ma: jeziora skute lodem, zmrożony śnieg, zaspy na polach. W sumie od wyjścia z bazy maratonu do startu mija ponad godzina, i to jest ta godzina bez intensywnego poruszania się, a więc wychładzania organizmu. Dodatkowo ubrany jestem bardziej biegowo niż marszowo. Taki był plan – biec nonstop. Zawody zweryfikowały to i wyszło 25 km biegania oraz drugie tyle marszu.

OK., na starcie – póki co – nastawiam się na bieg wraz z rzeszą rajdowców. Tylko jeden kilometr do pierwszego punktu kontrolnego (PK). Kolumna ludzi sunie przez tory kolejowe. PK1 to drzewo przy wiadukcie, zaraz przy linii kolejowej. Podoba mi się to, że zainstalowano 5 czy 6 stanowisk z perforatorami, co ogranicza tłok i kolejki do punktu. Dalej biegniemy po linii kolejowej i tylko kwestią czasu było usłyszeć sygnał nadjeżdżającego pociągu. Idziemy na czołówkę z pociągiem! Ciekawe, co sobie maszynista myśli widząc dziesiątki ludzi pędzących wprost na pociąg. Ustępujemy miejsca i znowu zastanawiam się, co mogą sobie wyobrażać pasażerowie. Wariaty 😉 . To jest swoją drogą takie surrealistyczne. PK2 – drzewo na małym cyplu jeziora leśnego jest równie prosty, a oddalony od pierwszego o 3 km. Aby do niego dotrzeć odbijamy od torów na około 200 metrów. Mamy już 4km za sobą. Ludzie zaczynają się rozchodzić i rozbiegać. Postanawiam mocno trzymać się jakichś grup, bo to może ułatwić mi zadanie. Wracamy na tory i ciśniemy dalej. Po kilometrze skręcamy w leśną ścieżkę idącą na wschód, do PK3 – drzewo w zagajniku na skraju pola. Na mapie faktycznie jest taka wypustka lasu na skraju. I w rzeczywistości wygląda to dokładnie tak samo. Jest tylko jeden problem. Kilkanaście osób obchodzi teren wzdłuż i wszerz i nie ma nic… Wiemy na 100%, gdzie jesteśmy. Rezygnujemy z szukania punktu na wieść o anulowaniu go przez orgów. Zdaje się, że został on usytuowany inaczej niż na mapie. Dalej, kusi nas PK6 – to jest tak blisko, raptem 500 metrów. Regulamin jasno określa zasadę zaliczania punktów po kolei. Poza stosowaniem się do zasad i zwyczajną przyzwoitością można przecież naciąć się na wolontariuszy na którymś z punktów, którzy sprawdzą kolejność zaliczania. Jeden telefon do sędziego i być może dostajesz karę czasową. Wyprzedzając fakty, właśnie na PK6, i tylko na nim w przebiegu całej trasy, było dwóch ludków monitorujących karty startowe! Także nigdy nie wiesz… Wracając do trasy, tu jest ten ból, że do PK4 trzeba było obejść pół jeziora. Trasa niestety wlecze się niemiłosiernie. Wyobraźnia tylko podpowiada, że pomiędzy PK6 a PK4 jest tylko paręset metrów w poprzek jeziora, w najwęższym jego miejscu. Marzenie ;). Znowu, mamy zakaz wchodzenia na zamarznięte zbiorniki wodne. Pomimo arktycznych mrozów, być może, podyktowane to jest tym, że lód nie wszędzie związał się na tyle mocno, bo mrozy były od niedawna. Inna sprawa, że tym sposobem można było zaoszczędzić wiele kilometrów.

Dotarcie do PK4 jest trochę utrudnione, Przeszkadzają gęste zarośla, nisko wiszące gałęzie drzew i krzewów. Wraz z licznymi zawodnikami wdrapujemy się na szczyt góry na półwyspie. Punktów założonych na wzniesieniach doliczyłem się łącznie pięciu na dwadzieścia dwa. Sporo, ale patrząc na pojezierną topografię terenu to nic nadzwyczajnego. Dalej obchodzimy jezioro od południa przez Waszczele i podążamy do PK5 – południowy róg ogrodzenia cmentarza. Odczuwam już pierwsze zmęczenie. Brodzenie w śniegu wysysa energię. Grupa wydaje się być za mocna dla mnie i skutecznie odjeżdża na 100-200 metrów. Oni się praktycznie nie zatrzymują. Wyjęcie picia czy banana to przy zgrabiałych dłoniach wyzwanie, a ludków już nie widać na horyzoncie… Słońce chowa się za chmurami, i ręce zaczynają mocno marznąć. Tak będzie do końca. Za PK5 wracamy na linię kolejową (który to już raz?). Udajemy się do PK6 – wiata przy leśniczówce. Chłopaki mają rozpalone ognisko, ale nie ma czasu na rozgrzewanie się. Od teraz do samego końca biegnę lub idę z Kolegą Januszem. Tak się dobrze złożyło, że prezentujemy podobny poziom formy i zaangażowania. Współpraca jest mi na rękę, bo robię się coraz bardzie zmęczony. Przejście 3,5 km po zasypanej śniegiem ścieżce jest dla mnie torturą. Wzmaga się lodowaty wiatr na odsłoniętych terenach pól i łąk. Docieramy do lasu, w którym dróżki nie do końca pokrywają się z mapą. Podążamy zatem za innymi zawodnikami. Często podpatruję innych i widzę, kto jest pewnym nawigatorem czy mocnym biegaczem. Doczepiam się, mimo ryzyka błędów. Samodzielne nawigowanie przy niekorzystnych warunkach pogodowych i dużym zmęczeniu jest wyczerpujące oraz sprzyja popełnianiu błędów. W takich chwilach – zwłaszcza, że jeszcze nie mam doświadczenia – czasami zdaję się na innych. PK7 – stary cmentarz – zdobyty! Widać, ze punkty od teraz są dosyć oddalone od siebie, a więc czeka nas po 3-4 km marszu za każdym razem.

PK8 – punkt wysokościowy znajduje się 200 metrów od drogi asfaltowej i ukryty jest w szczytowych zaroślach. Znowu, nie ma potrzeby szukania, bo przed Tobą jest kilku/kilkunastu innych zawodników, którzy prowadzą Ciebie do celu jak po sznurku. To jest zaleta imprez z dużym obłożeniem. Następny etap to już 5km. Wg mapy istnieje wiele wariantów. Wybieramy z kolegą bardzo bezpieczny, ale chyba najdłuższy – drogą asfaltową na wschód przez Malinówkę do Stradun, a dalej drogą polną na SW. Z perspektywy czasu wybrałbym inny wariant, bo tutaj niepotrzebnie dodaliśmy kilometry, właściwie o wiele za dużo. Takich momentów na zawodów było sporo. Teoretycznie, wybierając bardziej optymalne i racjonalne przejścia, mógłbym uszczknąć ze 2 godziny… Ale ta mądrość wypływa dopiero ze spokojnego analizowania mapy na wygodnej, ciepłej kanapie :). Na zawodach wiele czynników zaburza jasny ogląd sytuacji. W moim przypadku najbardziej odczuwam znużenie dystansem, prawie zawsze niszczy ono klarowne myślenie. Mam nadzieję, że się wyrobię ;). PK9 było odnaleźć stosunkowo łatwo. Trawersujemy mały wąwóz, a punkt znajduje się w rozwidleniu rowów melioracyjnych. Jest godz. 14, i powoli zaczyna robić się szarówka. Stawiamy sobie za cel wyrobić się z pierwszą mapą 1:50 000 do 16, kiedy się ściemnia. Tak też się staje. Trochę kluczymy do PK10 – w ruinach zabudowań. Dwa ostatnie punkty (PK11 – stary cmentarz oraz PK12 – w rozgałęzieniu rowów melioracyjnych) to zwykle nużące marsze przez zaśnieżone faliste pola, które pełne były zasp. Zdecydowanie ekstremalnie wygląda punkt ostatni. Zdobycie go wymaga przejścia przez zamarznięte rozlewiska i bagna, które w normalnych warunkach wymagałoby brodzenia po kolana lub pas w wodzie. Niepewność przechodzenia po lodzie jednak została. Jest! Mamy koniec pierwszej mapy i ok. 36 km (wg orgów) zrobione (realnie pewnie ponad 40 km).

Kontynuacja na mapie 2

Odwracamy mapę na tę w skali 1:10 000 z punktami od A do J. Zastosowana jest zasada scorelauf, czyli kolejność zdobywania punktów dowolna. Robi się coraz zimniej. Znaczenie ma zimny wiatr. W duchu winię się za niedoskonały ubiór tego dnia. Mam na sobie cienkie rękawiczki biegowe + rękawie polarowe. Nawet ten mix nie uchronił przed niewielkim odmrożeniem opuszków palców. Jeszcze tydzień po zawodach odczuwam nieznaczne odrętwienie palców. Te rękawice nie uchroniły przed zimnem. Widziałem niektórych w grubych rękawicach narciarskich. Chyba się sprawdziły, bo mówili, że im się ręce pocą. Z kolegą podczepiamy się pod kolejną grupę. To jak zbawienie! Nie wiem, czy dałbym radę dojść samemu do końca. Ta mieszanka zmęczenia, zmrożenia ciała, ciemności i ok. 14 km do mety przy 10 punktach kontrolnych.

Koledzy doprowadzili do PKG – szałas w zagłębieniu terenu oraz PKE – początek rowu melioracyjnego jak po sznurku. Ogólnie podoba mi się rozlokowanie punktów na Zmarzlinie. Nie były one jakoś wyjątkowo trudne do zlokalizowania, ale za to zawsze umiejętnie poukrywane przed postronnymi i przed widokiem: w krzakach, w dolinkach, na szczytach wzniesień… Kolejny punkt też związany jest z rowem melioracyjnym – PKF (drzewo przy rowie melioracyjnym). Aby go odnaleźć czeszemy falą teren przy skarpie rowu. Znowu krzaczory! Na koniec zawodów naliczyłem kilkanaście rzepów przyczepionych do spodenek. Dziury od kolczastych zarośli też się znalazły. Spodenki – nie powiem, że zdewastowane, ale już nie takie stosowne do lansowania się na miejskich biegach 😉 Niestety przy PKD popełniamy nawigacyjny błąd, który kosztuje nas 20-30 minut straty. Zachodzimy za daleko szukając starej szopy na skraju lasu. Musimy się jednak wrócić 100 metrów i przeszukać inną polanę. Przy ciemności to nie takie łatwe, ale nieocenione znowu są ślady pozostałych. To jest zaleta śniegu. Ślady pomagają w nawigowaniu. Albo jeszcze lepiej utwierdzają Cię w przekonaniu, że wybrałeś dobry kierunek. Ale uwaga: na obszarze mapy 1:10 000 ślady mogły wprawiać w błąd. Dowolność zaliczania punktów oznaczała, że pola były poszatkowane śladami idącymi we wszystkie możliwe kierunki. Takiej niepewności nie było wcześniej. PKC – wypływ rowu z jeziorka leśnego leży zaraz obok mostku i doprowadzają do niego ślady. Pomocne. Dwa kolejne punkty leżą na wzniesieniach przedzielonych bagnistym obniżeniem. Najpierw PKH – szczyt górki, a dalej PKI – szczyt górki punkt wysokościowy. Ten ostatni zdaje się być najwyższym miejscem na obszarze tej mapy – 148,1 m n.p.m.

Wracając do bagna, zrobiło ono na mnie surrealistyczne wrażenie. Przedzierasz się przez szuwary i trzciny, ale woda skuta jest lodem. Dziwacznie poskręcane krzaki i konary utrudniają nawigację i czasami blokują przejście. Widzę jakby opary i księżyc widoczny zza chmur. Taki mój mały prywatny horror w labiryncie. Już coraz bliżej mety. Zaliczamy PKB- złamane drzewo przy zagajniku oraz PKA – drzewo w zagajniku (zaraz obok ełckiej dwupasmowej obwodnicy). Tylko, cholera, ten PKJ ni w kij ni w oko. Jest bardzo daleko i w kierunku oddalającym nas od końca. Popełniamy nieświadomy błąd. Chcemy po przekroczeniu ślimaka na skrzyżowaniu wbić się na drogę kierującą się wprost na punkt. Tyle tylko, że ona nie istnieje! Damn. Zamiast więc grzecznie i spokojnie sunąć drogami (bo była znośna alternatywa) to brniemy przez zaspy śniegu na polu. To jest rycie psychiki, taka tortura na koniec. Na PKJ – drzewo na górce – suniemy za światłami czołówek innych. W tym miejscu już wszystko mi jedno. Bo to jest tak, że do pewnego momentu tracisz siły i siada psychika, tak, że możesz nawet stanąć i zagrozić rezygnacją. Ale później przychodzi moment, w którym stajesz się obojętny, lub też niewrażliwy na ból wszystkiego. Mimo skrajnego wyczerpania możesz jeszcze napierać przez wiele godzin. Czy to siła umysłu? Mamy więc wszystko i zostało 2-3 km asfaltem do bazy maratonu.

Naszła mnie refleksja na biesiadzie. Ktoś powiedział, że PKJ zaliczył pomiędzy PK11 i PK12, bo tak było najszybciej. Wydaje się, że regulamin takiej akcji nie zabraniał. Punkty z pierwszej mapy należało więc zaliczać po kolei, ale nie powiedziano, że nie można wplatać tam punkty z drugiej mapy. Hmmm, well… Kolejna mądrość po starcie. Obliczam, ile czasu zaoszczędziłbym na tym. Może godzinę…? Wpadamy na metę po 19. KONIEC marznięcia na Zmarzlinie.

Uwagi i staty:

• Zero zdjęć z uwagi na siarczysty mróz. Miałem zdrętwiałe ręce, i czułem się niczym himalaista, dla którego proste czynności jak zawiązanie sznurka od spodenek było zadaniem przekraczającym umiejętności 😉 .
• Doliczyłem się 3 cmentarzy (czyżby upodobanie orgów do cmentarzy?), 5 punktów wysokościowych (górek) oraz 5 rowów melioracyjnych.
• Biesiada. 21:00. Kolega opowiadał o biesiadzie z zeszłego roku. Ponoć legendy krążą o niej. Jedzenia nie do przejedzenia, i ściana piwa. Tak się napawał o godz. 14, czyli przed PK9 :). Zrobiło mi się ciepło na sercu i uznałem, że warto dojść do mety. Rzeczywistość była jeszcze lepsza niż moje wyobrażenia.
Kończę trasę z kompletem punktów na dystansie 50 km z czasem 10:26. To jest 30 miejsce na 86 wszystkich sklasyfikowanych (z kompletem 22PK) oraz na 139 wszystkich startujących (albo doszli do mety rezygnując z niektórych punktów albo dojechali z powrotem taksą).

Parę linków:

Strona maratonu
Tam też MAPY Z WYTYCZONĄ ŚCIEŻKĄ PRZEJŚCIA przez organizatora oraz GALERIE.

Wyniki Zmarzliny 2017


Ślad trasy poprowadziłem po mapach udostępnionych przez organizatora Ełckiej Zmarzliny 2017 (http://mosir.elk.pl/imprezy/maraton-pieszy-elcka-zmarzlina-2017/).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *