O blogu

Zadowolenie po Polickiej Piętnastce

Zaczęło się od wygranej w biegu na orientację na studenckim wyjeździe integracyjnym dla I roku w Pieninach. Dostałem tam z kolegą wejściówki na zimowy rajd ekstremalny Bergsona w 2010 roku. Choć przygotowywaliśmy się twardo, to udało się nam zrealizować tylko 1/3 trasy, która zaplanowana była na dwie doby i zawierała odcinki piesze, rowerowe, także zadania specjalne. Jak dostaliśmy się po całej nocy napierania na przepak, to posnęliśmy na amen. Drugie podejście do imprez ekstremalnych było bardziej udane. Do tej pory wspominam Kierat – ekstremalny maraton pieszy na orientację. Wybrałem się ze znajomymi na piesze przejście 100 km po górach Beskidu Wyspowego. Gromada z kijkami powoli się wykruszała, a na 70 km zostałem sam. Pozostało mi 30 km i parę godzin do mety. Limit czasu ustalono na 30 godzin. Ostatni odcinek przebyłem marszobiegiem, niezbędnym do jakiegokolwiek dotarcia do mety. Udało się to w 29 h 53 minuty.

Przystanek na Strzeblu po nocnej wędrówce w Kieracie

Mój mały, prywatny sukces, który napędzał moją wyobraźnię do dzisiaj i po wielu latach sprowokował do wznowienia aktywności sportowej.

Nieśmiało w 2014, bo tylko jeden bieg, ale już w jednym maju 2015 wziąłem udział w aż 4 biegach. I oto ten blog poświęcony jest opisywaniu zmagań i wrażeń z imprez biegowych oraz ekstremalnych. Postanowiłem uznać rok 2015 oraz 2016 za czas wdrożeniowy, dlatego dużo w nim piątek, dziesiątek, kilkunastek, półmaratonów.

Radość największą nagrodą Nocnego Półmaratonu we Wrocławiu

Chcę opisywać nie tylko techniczne zagadnienia typu trasa, czasy, forma, ale też zwracać uwagę na piękno otaczającej przyrody oraz wrażenia estetyczno-emocjonalne.

Interesują mnie biegi ekstremalne. To jest coś niezwykłego, iść i biec tyle kilometrów, po górach, przedzierając się przez gęsty podszyt lasu, szukając punktu kontrolnego w blasku księżyca, walcząc z kapryśną pogodą oraz docierając do najgłębszych pokładów sił fizycznych i psychicznych.

Lubię też zwykłe biegi po miastach lub te na wsi. Te drugie mają tę zaletę, że w ich czasie odbywa się festyn z pieczoną kiełbasą i grochówką z kuchni polowej, a biegacze znają się z innych biegów i można uznać ich za wielką biegową rodzinę. Te miejskie gromadzą masę ludzi i można poczuć jedność z innymi pasjonatami. Lubię oglądać jak kierowcy muszą objeżdżać trasę, stać w korku czy dostosowywać się do biegu, bo wtedy widzę na ich twarzach niecierpliwość albo podziw. Na chwilę chociaż miasto wdaje się we władanie sportowców i czuć tego ducha sportu niesamowicie.

Pasjonują mnie krańcowe wyzwania ludzi przebiegających ironmana lub 7-dniowe rajdy ekstremalne po najdzikszych kawałkach globu od wiecznej zmarzliny w północnej Skandynawii po piekło lasu tropikalnego.

Uwielbiam urozmaicone, terenowe biegi. Gdzie ciężka, zmęczona głowa musi się na chwilę podnieść, aby dojrzeć niesamowite krajobrazy natury albo, gdy popędzone wewnętrznym kompasem ciało dąży do celu przez ciemności i lasy.

Jestem fanem aktywnych podbiegów i zbiegów, końcowych sprintów, interwałów oraz trudnych warunków terenowych i pogodowych. Te wszystkie przeciwności mnie wzmacniają, a przeciwników osłabiają jednocześnie. To są te elementy treningu, które sprawiają mi satysfakcję i czuję się z nimi zgodnie ze swoją naturą.

Mam trochę manię zbieractwa i gromadzenia celów. Przejawia się to w pieczołowicie zbieranych pakietach startowych z koszulkami technicznymi i medalami oraz biciem własnych rekordów.

Nazywam się Marcin Kułakowski i zapraszam do komentowania oraz dzielenia się swoimi sportowymi pasjami na blogu GryfRunner.pl

Brak możliwości komentowania